Czy to YUSH?… czyli Emes Milligan – “YUSH.”

Emes milligan yush okładka

Kuba Stemplowski, w wywiadzie, który możemy przeczytać w książeczce dołączonej do fizycznego wydania najnowszej płyty Emesa Milligana, pyta: „A nie widzisz tutaj pewnej zależności? Nielegal EgoTrue na plus; płyta w labelu na minus; wydany własnym sumptem „Spin-Off” – znowu plus; „Self-Made Man” – wynik ujemny”. Emes w pierwszym kawałku płyty, „Fight club”, nawija, że „wszystko zatacza krąg”. Jeśli los znów miałby się zapętlić, album „YUSH.” powinien odnieść relatywny sukces. Autor płyty mówi, że nigdy nie czuł bardziej, że to jego czas i że czuje się jakby znów wydawał pierwszy album. Ma przesłanki ku takiemu myśleniu, bo album się broni – muzycznie i lirycznie, a utrzymanie balansu między tymi dwoma aspektami jest jego najmocniejszą stroną.

“Perfectly balanced… as all things should be

Zacznę od tego, na czym zakończyłem wstęp. Na płycie nie uświadczymy przerostu formy nad treścią, ani odwrotnie – treści nad formą. Idealne wyważenie powoduje, że albumu Emesa możemy słuchać zarówno analizując w głowie poszczególne wersy, jak i puszczając ją w tle i racząc się jedynie brzmieniem, bez zagłębiania w lirykę. Uczestnik piątej edycji Młodych Wilków, pokazał, tak naprawdę, że nie możemy postawić znaku równości między nowoczesnymi rytmami i innowacyjnymi rozwiązaniami a brakiem przekazu, głębi i podejmowaniem błahych, prostych tematów, co – ostatnimi czasy – jest coraz częściej spotykane. Emes rapuje o swoich emocjach, problemach, odczuciach czy spostrzeżeniach na bitach, z których większość nadawałoby się do puszczenia w klubie. Ja to kupuję.

Solowy debiut Emesa, który zresztą zapowiadał w niezwykle popularnym, wspólnym numerze Młodych Wilków – „Dla nas”, nosił tytuł „Self-Made Man”. Wyrażenie to oznacza człowieka zawdzięczającego wszystko wyłącznie sobie, swoim zdolnościom i własnej pracowitości. Można to miano przypisać Emesowi. Najchętniej sam napisałby płytę, nagrał, zrealizował i wydał. Zresztą, jego poprzednie projekty pokazały, że właśnie „na swoim” radzi sobie najlepiej. W ten sam sposób wydane zostało „YUSH.”. Czy wróży to sukces płycie? Możliwe, choć wydaje mi się, że nie uzyska ona rozgłosu na jaki, moim zdaniem, zasługuje.

Mocne gościnki

Dwa słowa o gościach. Jak wspominałem, płyta jest bardzo osobista. Zazwyczaj takie płyty nie zawierają ogromnych ilości featów, albo nie mają ich wcale. Emes zaprosił dwóch raperów – DeysaKartky’ego. Kawałek z Kartky’m jest typowym bangierem, odstępstwem od reszty, bo stworzonym głównie do zabawy (podciągnąłbym pod to jeszcze „Waves”) – spełnia swoją rolę, a obaj panowie poradzili sobie świetnie w stylówce tego kawałka. Numer z Deysem jest moim ulubionym z albumu. Przemawia do mnie, przede wszystkim,. klimatyczny refren w wykonaniu Dawida. Oczywiście zwrotki nie odstają, „Czarne koty” to świetny kawałek.

„YUSH.” to album, który jest dobry. Tu mógłbym tak naprawdę zakończyć. Zdaje się, że nie zawojuje empików i nie podbije OLiSu. Nie zawładnie sercami setek tysięcy słuchaczy, ale znajdą się tacy, których serca zawładnięte zostaną. Jeśli lubisz styl Emesa to „YUSH.” jest dla ciebie idealne. Jeśli nie jesteś jego wielkim fanem, na pewno jest to coś wartego sprawdzenia, może akurat tobie dane jest polubić ten styl.

„Ktoś pisze życie zmieniła mu płyta, czuję ciary bo dobrze, że chociaż twoje”.

Emes Milligan – “Fight Club”

Mateusz Trojnar

Posłuchaj “YUSH.”:

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*