Egzamin zdany na 5… czyli Mata „100 dni do matury” [RECENZJA]

mata 100 dni do matury okładka

Mata to chłopak, który regularnie przypominał o sobie w zeszłym roku za sprawą kolejnych, nieraz kontrowersyjnych, kawałków, które niemal za każdym razem odbijały się głośnym echem w środowisku. Za każdym razem, gdy mówiono o Michale i jego twórczości, towarzyszyły temu takie określenia, jak „oryginalność” czy „świeżość”. Mata miał więc przed sobą spore wyzwanie, by stać się pełnoprawnym artystą z którym trzeba się liczyć, a nie jedynie ciekawostką 2019 roku. Niemal rok po jego maturze, czekał więc na tego chłopaka kolejny ważny egzamin, w postaci premiery debiutanckiej płyty. I zaliczył go z wyróżnieniem. 

Od kiedy wyszła pierwsza EPka…

Pierwsza fala rozpoznawalności przyszła do Maty na początku zeszłego roku, kiedy to dostrzegł go Hype i EPka „FUMAR MATA”, którą do tamtej pory odsłuchać można było tylko na platformie soundcloud, wjechała na kanał YouTube – „HHNS LABEL”. Choć nie przebił się jeszcze wtedy do świadomości przeciętnego słuchacza, zdobył kilka głosów uznania. W wywiadach zdradzał, że nagrania do tego projektu były jego pierwszymi w życiu. Tym bardziej potęguje to skalę jego sukcesu w tak krótkim czasie, szczególnie w obliczu wielu raperów na scenie, którzy na swoją pozycję zmuszeni byli pracować latami.

Ogromny skok popularności zaliczył w kwietniu, kiedy na poboczny kanał SBM LABEL, przeznaczony dla uczestników akcji „SBM Starter”, wleciał utwór Maty pt. „Biblioteka Trap”, który znalazł się także na albumie. Prześmiewczy, autoironiczny i świadomy styl przyciągnął wówczas spore grono słuchaczy. Solar i Białas, jako szefostwo wytwórni, dostrzegli w nim wystarczający potencjał i niedługo potem Mata został ogłoszony jako nowy członek SBM. Na głównym kanale zaprezentował się kawałkiem „Brum Brum”, który z kolei nie trafił na „100 dni do matury”. I dobrze, bo jest, w moim odczuciu, zdecydowanie najsłabszym utworem Maty, wciąż jednak stylowym i mimo wszystko dobrym.

W lipcu dostaliśmy od Michała „Schodki” i „Prawy do lewego” czyli dwa klasyczne „letniaczki” – utwory odprężające, kojarzące się właśnie z tą porą roku. Szczególnie ten pierwszy stał się prawdziwym przebojem i hymnem zeszłych wakacji. Wielkie kontrowersje i rozbieżne zdania wzbudził teledysk do „Mata Montana”, gdzie w różowej piżamie Michał opowiada o swojej dziecięcej miłości do serialowej postaci. Ale jeśli tamten klip nazwałem kontrowersyjnym to nie wiem jak opisać to, co działo się po „Patointeligencji”. Ten kawałek był wszędzie, wyszedł daleko poza środowisko rapowe, trafiając nawet do „Wiadomości” emitowanych na kanale TVP 1. O nim jednak zostało już powiedziane wszystko.

Nie tylko „Patointeligencja”

Mata regularnie więc o sobie przypominał, dostarczając nam, w moim odczuciu, kawał dobrej i świeżej muzyki. Zrodziło to u wielu zapewne wątpliwości, czy nie wystrzelał się już ze wszystkiego co miał, a na jego płycie nie znajdziemy nic ciekawego oprócz singli. Jeśli ktoś podchodził do jego nowego albumu z takimi myślami, to musiał się mocno zaskoczyć, bo to nie single są najmocniejszymi jego elementami. Trudno jest zresztą wybrać utwory, które się w jakiś sposób wyróżniają. Wyróżnia się każdy! Zarówno na poziomie samego albumu, ale też całej sceny. Mata (razem z np. Okim) jest dla mnie definicją świeżości w czasach kiedy wydaje się, że wszystko już kiedyś było i niemożliwe jest by zrobić coś zupełnie swojego.

Tak jak wspomniałem, choć single były bardzo dobrze dobrane i pokazywały z grubsza co znajdziemy na albumie, nie są jedynymi dobrymi utworami. Poziom trzymają wszystkie, zaczynając od melancholijnych, nostalgicznych „Homo Ludens” czy „Nero”, przez refleksyjne i osobiste „Żółte flamastry i grube katechetki”, agresywne i oldschoolowe „Tango”, aż po klubowe „GOMBAO 33”. Z tych opisów można wywnioskować już wielki przekrój stylowy jaki możemy znaleźć na płycie.

Teksty pisane na matmie

Podstawą albumu i konceptem, który spina go w całość są przewijające się tematy, dotyczące czasów szkolnych, młodości. Choć tak wiele różni muzycznie „Piszę to na matmie” i „Patointeligencję”, oba te kawałki łączy okres w życiu, którego dotyczą, ale też zapewne czas powstania. Mata pisze kawałki, które można nazwać nostalgicznymi, ale przecież on wraca myślami zaledwie o kilka lat (wyjątki stanowią te utwory, które dotyczą stricte jego dzieciństwa). Stąd mamy takie poczucie prawdziwości i szczerości, tak przecież w rapie przez wielu pożądane i zanikające. Nie ważne czy Michał opowiada nam o burzy myśli podczas lekcji matematyki, rozterkach i refleksjach na temat wiary, czy kolejnych piwach otwieranych z kumplami na popularnych warszawskich schodkach. Zawsze jest w tym autentyczny.

Zaletą debiutanckiego albumu Maty jest zdecydowanie to, co sam bardzo cenię w muzyce. Nie ma kawałków o niczym, na każdy z nich był od początku jakiś zamysł. Pod tym względem muszę nazwać „100 dni do matury” albumem dopracowanym, chociaż przy słuchaniu nieuważnym, „w tle”,  można odnieść zupełnie inne znaczenie. Wrażenie takie spowodowane jest luzem z jakim Mata przedstawia nam kolejne historie i przemyślenia – momentami możemy odnieść wrażenie, że wyrzuca je jakby na freestyle’u, ale jednak są to teksty przemyślane i dopieszczone.

Brzydkie słowa

Jedynym z ciekawszych pomysłów na kawałek, jest „Konkubinat”. Mata opowiada tam o słowach, które w jego odczuciu są zwyczajnie brzydkie, nieatrakcyjne. Całość przeplatana jest fragmentami wypowiedzi profesora Jerzego Bralczyka, rozpoznawalnego znawcę języka polskiego, który komentuje zjawisko występowania takich słów i stwierdza, że jak najbardziej Michał może pokusić się o napisanie takiego tekstu, dopóki będzie to tylko jego subiektywne zdanie.  

Wyjątkowo brzydkich słów, używa Mata w najbardziej chyba zaskakującym numerze – „Tango”. Mamy tu do czynienia z czysto staroszkolnymi brzmieniami, co słychać już po bicie, ale też po cutach i scratchach autorstwa DJ Flipa i samym tekście Maty, pełnym dobrych rymów i bardzo dobrze technicznie nawiniętym. Słyszymy tu mocne zwrotki, zahaczające o tematy polityczne i społeczne – prywatne odczucia Michała, który jest przecież inteligentnym chłopakiem po bardzo dobrym liceum, więc nie są to na pewno wyssane z palca puste hasła. Tematem jest też bunt, szeroko pojęty. Ten kawałek stanowi fajny wstęp do „Patointeligencji”, która w kolejności odtwarzania na płycie ustawione jest właśnie po „Tango”. Wspomniałem o „brzydkich słowach”, Mata dosłownie porusza ten temat w wersach:

„Babcia wlewała mi kompot do kubka / Potem wlewała mi pogląd do głowy, nosz kur*a mać! / I mówiła mi, żebym nie był wulgarny, hahahahaha, ch*j, dupa, cycki”.

Mata – Tango

Ziomki ze szkolnej ławki

Choć to trochę utarte i do bólu powtarzane hasło – „100 dni do matury” słucha się jak opowieści naszego szkolnego kolegi. Mata jest bardzo blisko słuchacza, szczególnie jeśli jest on w podobnym wieku. Mnie i Michała dzieli zaledwie rok, więc opowiada on o rzeczach mi bliskich. Kiedy w „Homo ludens” wymienia kolejne gry, w które grywał za dzieciaka na świetlicy szkolnej, czy podczas długich sesji online w późniejszym czasie, praktycznie w całości pokrywają się one z moją listą ogranych tytułów.

Ale utwór, który już ostatecznie potwierdza tezę o Macie jako naszym bliskim ziomku, jest tylko jeden. „GOMBAO 33”, gdzie gościnnie wystąpiło trzech kolegów Maty. To kolejny aspekt, którym wyróżnia się ten album – nieszablonowe gościnki. Bo przecież kto inny na swój debiut w tak dużej wytwórni i przy takim rozgłosie zaprasza profesora Bralczyka i znajomych z liceum? Wspomniany przeze mnie kawałek odbiega od reszty. Brzmi on jak zajawkowo nagrany „bangier”, zrobiony od początku do końca z założeniem: „ma bujać!”. I buja! Każdy z trzech gości, choć nie zajmują się na poważnie rapem, położył świetną, wpadającą w ucho, pełną zapadających w pamięć wersów, które pisane były by rozbawić i swoją rolę spełniają.

„Grubemu chce się pić więc polej mu tę colę / Mam wejść na bit to wchodzę na taboret / Podskoczysz mi? To nie jest trudne ziomek / Mam metr pięćdziesiąt osiem”.

Mata – “GOMBAO 33” feat. Adam, Szczepan, Wyguś

Podsumowanie

Mój redakcyjny kolega – Robert – przewiduje, że jest to płyta, o której będziemy jeszcze długo pamiętać. Dawno nie było takiego debiutu na scenie, o którym było tak głośno. Dawno nie było też debiutanta, na którym spoczywała taka presja przed pierwszym albumem. O Macie głośno było już wcześniej, a on udźwignął presję jakby to był jego kolejny album z rzędu, spora w tym na pewno zasługa Solara i reszty SBM Label, którzy swoim wsparciem i dobrymi radami znacznie przyczynili się do tego co zaprezentował nam ten 19-latek. „100 dni to matury” to przecież aż 18 kawałków, a płytę zapętlać i się ona nie nudzi, fenomen, jak na tak młody wiek.

Już pisałem, ten chłopak wnosi niezwykłą świeżość, ma wszystko, by zdominować w przyszłości scenę. Można spekulować jedynie czy udźwignie ciężar dobrego debiutu, bo jak wiemy, druga płyta to zazwyczaj swoista weryfikacja dla twórcy. Ciekawe, w którą stronę powędruje jego kariera i jaką formę przybiorą jego przyszłe muzyczne kroki, bo nie spodziewam się, że to wciąż będzie taki Mata, jakiego słyszymy na „100 dni do matury”. I mam taką nadzieję.

„Drogi pamiętniczku przyrzekam, że na nowych rzeczach / Nie będę nawijał już o grubości mego napleta / No bo podobno to nietakt / A w Afryce umierają dzieci z głodu”.

Mata – “100 dni do matury”
mata 100 dni do matury okładka

Mata – 100 dni do matury

Ocena recenzenta:

7/10

Sprawdź pozostałe nasze recenzje.

Premiera albumu Mata – 100 dni do matury miała miejsce 17 stycznia 2020.

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Podsumowanie Q1 2020 w FollowRAP - FollowRAP
  2. Nie tylko bananowy chłopak - Mata. (FENOMENalnie!) - FollowRAP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*