Gibbs — sukces, który szczerze cieszy

Nie uwierzę, że nie mieliście nigdy w życiu sytuacji, w której chcieliście (nawet podświadomie) przekonać kogoś do rapu. Pisząc “rap” mam na myśli muzykę, która stała się rodzajem muzyki pop, czyli popularnej lub jak woli Pezet — współczesnej, komercyjnej. Mimo że kultura hip-hop nieustannie się rozrasta, to niektórzy dalej postrzegają ją tak, jakby mieli klapki na oczach. A przecież sam Białas nie tak dawno nawijał – “Rap się nie kojarzy z patolą już, a z chłopakami, którzy zawsze pomogą”.

Poniżej powinna być reklama. Jeśli jest – super, dzięki! Jeśli jej nie widzisz, będziemy bardzo wdzięczni, jeśli wyłączysz dla nas Ad Blocka. Dodaj FollowRAP do wyjątków/białej listy. Nienawidzisz reklam? My też, ale będziemy wdzięczni za wsparcie – postaw nam kawę.

Artysta, o którym chciałbym dzisiaj porozmawiać, może i nie nazywa siebie raperem, ale bez wątpienia związany jest z jego otoczeniem i w rytmach hip-hopu czuje się jak ryba w wodzie. Mowa o personie, którą bez chwili wahania puściłbym osobie sceptycznie nastawionej do muzyki okołorapowej, by ją do niej przekonać. O kim konkretnie mowa? Drodzy słuchacze, pogadajmy chwilę o Gibbsie, czyli aktualnie najpopularniejszym artyście w Polsce.

Od producenta do producenta i rapera

Osoby nieśledzące ruchów rapowej sceny na co dzień mogą nie zdawać sobie nawet sprawy, że ksywka “Gibbs” pojawiła się w kuluarach już 8 lat temu. Miało to miejsce w 2014 roku, kiedy naszym oczom ujrzał album Kaliego — myślę, że dobrze Wam znanego — pt. Sentymentalnie. Znalazły się tam takie klasyki jak “Piękny Ból”, “Gdzie jesteś?”, czy “Nigdy nie zapomnę”. Płyta została stworzona właśnie przez duet Kali – Gibbs, gdzie z tej dwójki to właśnie Mateusz Przybylski zajął się warstwą producencką całego krążka.

IKONA GOOGLE NEWS OBSERWUJ NAS NA GOOGLE NEWS!

Trzy lata później na scenie bardzo mocno namieszał niejaki Sarius, który, mimo że zbierał wokół siebie hype jakiś czas wcześniej, to dopiero w 2017 roku na bitach Gibbsa stworzył album “Antihype”. Był to kamień milowy w karierze Sariusa, za którym ten pociągnął swój wizerunek i movement o tej samej nazwie, wokół którego jego fanbase krąży aż do teraz.

Rok później chłopaki stworzyli razem “Wszystko co złe”. Płytka składa się z 10. numerów i chyba można śmiało powiedzieć, że był to prime popularności Sariusa (o ile muzycznie również może być to jego najlepsze dzieło w dorobku). Jakiś czas później dowiedzieliśmy się o zakończeniu współpracy obu Panów. Wtedy nikt by nie powiedział, że za kilka lat to Gibbs będzie bardziej “na topie”, posiadając ponad bańkę więcej miesięcznych słuchaczy na Spotify. Ten ciekawy przypadek Mateusza Przybylskiego poruszył m.in Lil Konon w ostatnim czasie (serdecznie zapraszam do odczuć zakolaka z Ostrowa Wielkopolskiego).

Poniżej powinna być reklama. Jeśli jest – super, dzięki! Jeśli jej nie widzisz, będziemy bardzo wdzięczni, jeśli wyłączysz dla nas Ad Blocka. Dodaj FollowRAP do wyjątków/białej listy. Nienawidzisz reklam? My też, ale będziemy wdzięczni za wsparcie – postaw nam kawę.

Gibbs nie tracił czasu i przeistaczał się niczym poczwarka w motyla. Zaczął mocniej tworzyć z nowymi ziomalami, jak grupa Fonos czy Kacper HTA. Z każdym z nich zrobił wspólny projekt — kolejno w 2018 i 2019 roku. A w 2020 roku połączyli się, tworząc album “Mantra”. W międzyczasie Gibbs stopniowo zrywał z łatką tylko i wyłącznie producenta, a coraz więcej zaczynał nawijać — z tym aneksem, że dalej robiąc to na swoich bitach. Ale co najlepsze miało dopiero nadejść…

2021 to był rok Gibbsa

Dzięki, Mati, za tę jedną szansę, “Połączenia” dały nowy dach
Zarobiłem na tym dużą kasę, ale podzieliłem to jak iloraz

– Opał

Po wcześniej wspomnianych epizodach Gibbs nieraz publicznie dziękował m.in. Kacprowi, czy Fonosom za wyciągnięcie do niego pomocnej ręki i danie szansy. Dzięki tym współpracom Gibbs zbudował pewność siebie, a zarazem zyskał sporo muzycznego doświadczenia. W 2021 roku to on zaczął rozdawać szanse, w efekcie czego jeden z młodych wilków Popkillera (Opał) mógł stworzyć naprawdę solidny materiał o nazwie “Połączenia”. Co zabawne, streściłem Wam naprawdę solidny kawał dyskografii Mateusza, a to wszystko dopiero prolog…

Solówka Gibbsa, czyli “Czarno na białym”, zmiotła rapowe środowisko. Mało kto spodziewał się tak owocnego debiutu na majku. Bez przekleństw, muzykalnie, z charakterem i co najważniejsze — bez udawania kogokolwiek. Gibbs przedstawił się szerzej środowisku, jak tylko mógł. Album stał się bestsellerem w Empiku, fani byli zachwyceni (zwłaszcza Ci nowi, którzy dopiero przy okazji CNB usłyszeli Matiego), a gremia również nie szczędziły pochwał. Nawet w naszym redakcjnym głosowaniu, album Gibbsa znalazł się na drugim miejscu wśród TOP 2021.

Z tego co mi wiadomo, to Gibbs prywatnie jest zwyczajnym i w porządku gościem, który jest zakochany w muzyce i sfokusowany na ciężkiej pracy (a to akurat wynika z jego tekstów). Ciekawym aspektem jest to, że jego sukces zaczął wykraczać poza YouTube czy Spotify. Przez brak przekleństw w tekstach (między innymi, bo ograniczanie tylko do tego powodu byłoby deprecjonowaniem jego muzy), ten szybko trafił do radia. Numery Gibbsa stały się także… viralem na Ukrainie podczas wojny, a wszystko miało miejsce za sprawą TikToka. A mowa przecież o aplikacji, która nigdy nie była targetem Mateusza.

Nie tylko wśród młodych, a również starszych osób zaczął zyskiwać w oczach, co może nawet potwierdzić seria kanału “Dzikie Ucho”, gdzie nasz bohater bardzo przyszedł do gustu starszemu pokoleniu. I nie ma w tym nic “boomerskiego”, a jedynie jest potwierdzeniem drugiego akapitu w tym tekście.

Bo DopeHouse ma rosnąć w siłę!

Nie pomylę się bardzo, jeśli napiszę, że Gibbs w ostatnich dwóch latach stał się jednym z moich ulubionych artystów. Jakość idzie w parze z ilością, a to rzadkość na scenie. Dwa tygodnie temu na jego fanpage’u pojawiła się informacja, że do końca roku czeka nas aż 86 premier z jego udziałem. Teraz ta lista się pomniejszyła, bo przykładowo wyszła jego gościnka u Pezeta, co w ogóle jest świetnym podsumowaniem tej kariery (która przecież, halo, dopiero nabiera rozpędu). Weterani, a zarazem najlepsi na scenie doceniają “Gibbsona” w opór. Cieszy, oj cieszy.

Poniżej powinna być reklama. Jeśli jest – super, dzięki! Jeśli jej nie widzisz, będziemy bardzo wdzięczni, jeśli wyłączysz dla nas Ad Blocka. Dodaj FollowRAP do wyjątków/białej listy. Nienawidzisz reklam? My też, ale będziemy wdzięczni za wsparcie – postaw nam kawę.

Jeśli jakimś cudem ominęła Was twórczość tego jegomościa, to lećcie nadrabiać. A uwierzcie mi, że jeszcze na wiosnę bardzo duża ilość osób na juwenaliach w moim mieście nie wiedziała, kim ten gość do końca jest. Nie znali numerów, ale Gibbs wraz z Jankiem szybko ich rozruszali i rozgrzali. Potem dochodziły mnie głosy w stylu “Kto to? Dobry jest!”. Sam stale wciskam swoim bliskim tę ksywkę. Dlaczego? Bo warto pchać takie osoby jak najdalej. Gdy ktoś wysili minimum energii, żeby odpalić na słuchawkach — jestem spełniony, bo wiem, że zostanie na dłużej. Dobra muzyka broni się w tym przypadku sama.

Aktualnie jesteśmy po premierze “DOPEHOUSE MIXTAPE”. Gibbs konsekwentnie buduje swoją markę, ale też dzieło, które współtworzy wraz z kumplami. Co tu dużo mówić — ich kanał na YT uzbierał już ponad 200 tys. subskrypcji i powoli idzie po swoje. Pozostaje tylko wspierać. A jeśli Tobie spodobał się ten artykuł, to możesz wesprzeć i nasz portal — np. stawiając nam kawę.

followrap buy coffee

3 Komentarze

  1. Konkretnie i rzeczowo, Mati to przede wszystkim muzyk, tak zawsze o sobie mówił. Sam tworzy muzykę, sam ja nagrywa na gitarze i klawiszach, zgrywa i do tego jeszcze pisze teksty, no i śpiewa. Człowiek orkiestra i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*