Mógłbym słuchać w kółko | Lordofon – “Koło” [RECENZJA]

Już przy premierze pierwszej EPki wywnioskować mogliśmy, że spektrum muzycznych zainteresowań i inspiracji chłopaków jest wyjątkowo szerokie, co potwierdzało samo brzmienie, ale też wyczerpujący opis zamieszczony pod kawałkami. Na swoim pierwszym pełnoprawnym krążku, Lordofon potwierdził to wszystko, co zachwyciło nas na “Plastelinie” i wyniósł to na jeszcze wyższy poziom. Moje oczekiwania zostały zaspokojone, ale i udało się chłopakom mnie zaskoczyć. Zaczynajmy więc festiwal pochwał i sucharów związanych z nazwą albumu!

Drugie koło u wozu

O ile pamiętam, byłem jedną z pierwszych osób z “branży”, która poznała się na talencie chłopaków po niezapowiedzianej i niezbyt promowanej premierze pierwszej EPki na kanale Asfaltu. Napisałem wówczas bardzo pochlebną recenzję, a po krótkim czasie okazało się, że wokół Lordofonu zaczęło robić się dosyć głośno. Inne portale zainteresowały się ich twórczością, do tego doszła genialna zwrotka w ramach “hot16challenge2”. Pojawiło się coraz więcej osób czekających na pierwszy długogrający album chłopaków.

W pełni podołali wyzwaniu, jakim jest druga płyta po świetnym debiucie. Wielu się już na tym przejechało, ale też wielu ugruntowało w ten sposób swoją pozycję na scenie. Lordofon zaliczyłbym do tej drugiej grupy.

No i wbrew zapowiedziom, długo nie musieliśmy na pierwszy longplay czekać – mniej niż rok. Co do staranności – w pełni zachowana.

“Poczekaj na pierwszy longplay / Choć pewnie to zajmie mi moment, bo zwykle za bardzo się staram pisząc każdy wers”

Lordofon – “Harakiri”

“Koło” historią się toczy

Trudno jasno określić, co tak naprawdę zachwyca w tekstach Maćka Poredy (“<e> bez ogona, jak rottweiler”). Jest w nich swego rodzaju urzekająca prostota, która wynika raczej z założeń niż z niedociągnięć warsztatowych. Tekściarz Lordofonu posiada ten niezwykły dar obserwacji i opowiadania prostych na pozór historii, który przez lata podziwialiśmy m. in. u Taco Hemingwaya.

Na nowym albumie znajdziemy różne historie. “Lato” czy “Opener” przenoszą nas w czas wakacji, beztroski, zabawy. Jest bardzo nostalgicznie, bo cofamy się odpowiednio do lat 2006 i 2010, więc w czasy młodości autorów. Zupełnie inny klimat dostajemy w numerze “4:35”. Od razu budzi skojarzenia z bardziej agresywną i szybszą wersją “Poliestru” z pierwszej EPki. Tęsknota, pustka, refleksje przychodzące do głowy w mroku nocy. W opozycji znajduje się przeuroczy, skupiający się na przyziemnych kwestiach lovesong “Kobayashi“.

Na koniec wymienić trzeba jeszcze: “2225”, czyli futurystyczną wizję skupioną na przemijaniu trendów w muzyce – to co jest na topie, kiedyś stanie się kiczem, a także “Grawitację”, która jest opisem alkoholowo-imprezowych przeżyć i refleksji na temat życia pewnej bohaterki, co tematem przywodzić może na myśl “Trójkąt Warszawski” od Taco, ale to w zasadzie jedyna zbieżność, wbrew niektórym, niezrozumiałym przeze mnie głosom. Pokażcie mi Taco z takim wokalem jak Poreda w refrenie.

Szerokie koło zainteresowań

Zachwycające jest, jak szeroki przekrój różnych brzmień znajdziemy na tym albumie. Jak sami mówią, powrócili do czasów grania Nirvany w garażu i sięgnęli po znacznie więcej żywych instrumentów i mocniejszych klimatów. Z drugiej strony, niektóre kawałki odbijają wręcz w klimaty karykaturalnie popowe, co idealnie obrazuje teledysk do “Openera”.

Ale nie można powiedzieć, że nie ma w tym wszystkim rapu. Oprócz mocnego, punkowego refrenu, w “2225” czy “Figaro” słyszymy też krótkie, zgrabnie zarapowane zwrotki. Także “Głupek” opiera się stricte na typowo rozumianym rapowaniu. I tak jest w większości kawałków, mocne gitary i “darcie mordy” czy luźny wokal przeplatają się z rapowaniem, wspomnianym w tym akapicie zdecydowanie zbyt wiele razy.

Kwintesencją hip-hopu na tej płycie jest “Zoo”, bit oparty został na klasycznych dość bębnach, tekst na zmianach flow i zabawie słowem w humorystycznych i celnych nawiązaniach do świata zwierząt. Niezwykłe jak dobry jest ten kawałek, mimo swojej długości – trwa przecież niewiele ponad minutę.

“Każdy to waran z Komodo, bo, ku*wa, dużo gada”

Lordofon – Zoo

Brzmieniowo? Koło najlepszych na scenie

Pogadaliśmy trochę o tekstach Maćka, o jego genialnym wokalu, zabawie stylami. To teraz czas dopełnić schlebianie duetowi Lordofon i zająć się jego drugą połówką. Michał – nie myśl, że o tobie zapomniałem!

Warstwa brzmieniowa tego albumu jest fenomenalna. To dopiero druga płyta chłopaków, a brzmi lepiej od tych, którzy są na scenie od zawsze. Produkcje są dopracowane, wielowymiarowe, głębokie. Każdy dźwięk jest na swoim miejscu, a jeśli nie jest, to słychać w tym zamierzone działanie, ostatecznie prowadzące do świetnego efektu. Warto zaznaczyć, że Michał Jurek odpowiadał też za mix płyty, więc genialne brzmienie Maćka jest w dużej mierze także jego zasługą. To nie jest łatwe i powszechne, żeby wyciągnąć z wokali coś tak dobrego, jak w przypadku refrenów w “Grawitacji” czy “Houdinim”. No ale też było na czym pracować.

Nie mogę doczekać się pierwszych koncertów w wykonaniu chłopaków. Ich kawałki na żywo muszą brzmieć świetnie, szczególnie jeśli graliby z live-bandem, co przewiduję, że raczej będzie miało miejsce.

“Koła, koła, koła mówią Oki Lordofon zmienisz grę!”

Jedyne do czego można się tu przyczepić, to flow Maćka w rapowanych częściach – tutaj jest jeszcze pole do rozwoju, ale myślę, że jest to kwestia jak najbardziej osiągalna. Lordofon to duet wciąż świeży na scenie, ale z pewnością innowacyjny. Nie ma drugich takich, którzy by tak zgrabnie łączyli tyle różnogatunkowych inspiracji w spójną, świetnie brzmiącą całość. A to przecież dopiero ich debiut! Mają jeszcze czas by dopracować nieliczne niedociągnięcia i pojedyncze słabsze momenty i wynieść swoją muzykę na jeszcze wyższy poziom.

O “Plastelinie” pisałem, że to idealny materiał by podesłać go wytwórni jako demo i godnie się im zaprezentować. “Koło” także świetnie spełnia swoją rolę. Swoim legalnym debiutem chcesz pokazać się szerokiej publiczności. Musi to być album prezentujący możliwości, ale raczej oczekuje się pewnej spójności, a nie zlepka przypadkowych utworów. Pierwszy pełnoprawny album Lordofonu z pewnością spełnia wymagania dobrego debiutu. W skali 1-10 – wystawiam 8. Zostawiam sobie furtkę na wyższe oceny dla następnych produkcji chłopaków.

Mateusz Trojnar

Lordofon – “Koło”

Ocena recenzenta:

8/10


Zamów album tutaj!
Sprawdź inne nasze recenzje!
Sprawdź inne teksty tego autora!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*